|
Zacznijmy ab ovo jak zwykli mawiac Rzymianie, bo i w ten wlasnie okres pragnelismy przeniesc sie poprzez nasza wyprawe do Grecji. W czasy swietnosci Imperium Rzymskiego, czasy Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona.
Tiaaaa... zacznijmy od początku... ruszyliśmy w dwuosobowym składzie. Narrator poprzedniego akapitu - Artur Marek Wójtowicz i ja - Ania Bajon. Postaram się od czasu do czasu wtrącić swoje trzy grosze, żeby opowieść stała się po "wysłuchaniu:" obu stron, bardziej obiektywna. Dla ułatwienia, moja opowieść będzie się odróżniała kolorem od opowieści AMW.
![]() |
Z Bytomia wyruszylismy wczesnie rano 2 sierpnia i skierowalismy sie na przejscie graniczne w Cieszynie. Poniewaz nie przestrzegalismy przepisów drogowych w okolo póltorej godziny dostalismy sie na przejscie graniczne na którym nie czekalismy zbyt dlugo. I tak znalezlismy sie w Czechach. Stad trasa ok. 30 km dojechalismy do przejscia granicznego ze Slowacja. O przepisach drogowych (jazda do 90 km/h) zapominajac dalej ;-))) W drodze powrotnej przekonalismy sie, ze jednak warto jest czasami o nich pamietac. Ale to bylo drugie ekstremum.
Dalej trasa wiodla nas do Slowackiej miejscowosci o bajecznej nazwie Zlina I dalej na Zvolen. Od Zlina prowadzi droga szybkiego ruchu do Popradu. Mijajac malowniczy region skrecilismy w Ruzomberoku (czy jakos tak;-))) w kierunku Banskie Bystrzycy. Jadac ta trasa mozna zauwazyc kilka kilometrów drogi szybkiego ruchu. Nie jestem pewien ale gdzies na trasie , chyba na granicy czytalem informacje, ze na Slowacji obowiazuje winetka równiez na te drogi. Mozna ja kupic na przejsciu granicznym w Cieszynie za 20 zl. Paliwo po zatankowaniu w Cieszynie spokojnie starcza az do granicy wegiersko - jugoslowianskiej (serbskiej). Mijajac slowackie reklamy zachecajace do zakupu telefonów komórkowych: "volajte a esemeskujte" podziwialismy górzysty teren naszych poludniowych sasiadów.
Przez Banska i dalej Zvolen jechalismy do granicy slowacko - wegierskiej w miejscowosci Sahy. To zadziwiajace, ze az do granicy greckiej bez problemu moglismy poslugiwac sie jezykiem polskim. Pawlowe powiedzenie "czy ten, czy tamten, czy owamten...." ;-)))) moznaby analogicznie odtworzyc, Czy Slowak czy Serb, czy Bulgar, czy Macedonczyk... wszyscy rozumieja polski. Jedynie dziwnym trafem po srodku tych wszystkich panstw sa Wegrzy którzy ni w zab nie rozumieja polskiej mowy.
Poniewaz bylo juz popoludnie, a bylismy juz troszke zmeczeni zajechalismy na godzinna przerwe do Budapesztu. Mijajac Budapeszt trzeba uwazac by przedostac sie na autostrade M5 (autostrada jest platna). Jesli ktos chce zaoszczedzic do Szegedu mozna równiez dojechac trasa E 5 która idzie równolegle do autostrady. Jednak przed sama stolica Wegier mozna sie latwo pomylic i wjechac na autostrade M 7 na która potrzeba winetki (1900 forintów). Czesc autostrad wymaga winetek (M1, M3, M7 - na 4 dni kosztuje 2000 forintów), zas czesc posiada platne bramki.
Budapeszt rzeczywiście jest przepiękny. Ta godzinka pozwoliła mi trochę odetchnąć (tak, mi, bo Marek zapomniał prawa jazdy i na poprowadzenie auta mógł sobie pozwolić dopiero w Grecji, gdzie o patrol równie trudno co o chłodek. Tak więc wracając do poprzedniej myśli, odpoczęliśmy w Budapeszcie. Posnuliśmy się w samym centrum w pobliżu Dunaju. Było naprawdę wspaniale. Aż zaczęłam żałować, że nie mamy jednego dnia więcej na naszą wyprawę. Ale może wrócimy tam jeszcze w jakiś dłuższy weekend...
![]() |
![]() |
![]() |
Z Budapesztu jest okolo 150 km do przejscia granicznego za Szegedem w Röszke. Tuz przed tym przejsciem w odleglosci okolo 8 km od Szegedu po lewej stronie znajduje sie Camping "Forró Fogadó" w którym przenocowalismy. Jesli ktos nie ma forintów spokojnie moze tu placic w Euro i wszystko kosztuje po 2 Euro: osoba, namiot, samochód, elektrycznosc, piwo... itd. Prawde mówiac bardziej oplaci sie miec forinty to cena bedzie jeszcze nizsza. Na terenie Campingu sa równiez domki do wynajecia i basen. Obsluga mówi po niemiecku, tak, ze spokojnie mozna sie z nia dogadac. Camping jest bezpieczny, monitorowany. W wiekszosci korzystaja z niego osoby jadace w kierunku Jugoslawii lub Rumunii.
No i nie da się ukryć mają tam wspaniały gulasz! Co prawda w planach był gulasz i tokaj, ale w końcu chęć na piwko zwyciężyła. Ale ten zestaw też świetnie się sprawdza. Polecam.
Chcac wygrać na czasie wstalismy rano i zaraz po sniadaniu okolo 8 wyjechalismy na granice. Bardzo milo jedzie sie ta trasa, gdyz od samego Budapesztu przez Belgrad, Macedonie prowadzi autostrada az do Tesalonik.
Po przekroczeniu granicy weszlismy w strefe, która trudno nazwac Europa. Jeszcze na granicy minelismy posterunek z dwoma flagami: jugoslowianska i serbska, a zaraz za nia ujrzelismy na autostradzie jadace samochodziki z lat '60 - tych. Cala dlugosc autostrady, az do granicy macedonskiej wynosi okolo 600 km. Na trasie tej trzeba kilkakrotnie placic na "bramkach": Subodica - 6 Euro (300 Dinarów), Novi Sad - 6 Euro (300 Dinarów), Belgrad - 16 Euro (790 Dinarów), Nisz - 4 Euro (180 Dinarów). Nie mniej w Serbi warto jest pamietac o ograniczeniach szybkosci na autostradzie (100 km/h) poniewaz bardzo czesto stoja patrole policyjne. Jednak uzyteczni (czy tez w dialekcie mazowieckim: zyci) Serbowie czesto pokazuja swiatlami, ze za kilka metrów nastapi wzgledne spotkanie z ichniejsza wladza.
Ja mam inny stosunek do Serbii. Drogi są OK. Jechało się świetnie, choć po poprzednim dniu dosyć nudno, bo to 600 km bez żadnej granicy.
![]() |
Po okolo 8 godzinach jazdy dotarlismy do granicy w Preszewie. Przed laty jadac na Ukraine musialem przekraczac granice polska w Dorohusku. Dla wielbicieli powiem, ze nie rózni sie ona zbytnio od tej przez nas zastanej. Piec godzin czekalismy w kolejce na przekroczenie granicy. Wsród tlumów siarczyscie przeklinajacych przepychalismy samochór by zaoszczedzic na paliwie, które sie nam konczylo. Od godziny 3 do godziny 8 walczylismy ze snem, zmeczeniem i nuda. Zaraz po wjechaniu na przejscie w oczekiwaniu, ze ujrzymy cywilizacje zobaczylismy poprzechylane (od ladunków) Tiry. No Ania jeszcze na tyle miala poczucie humoru, ze spytala sie: "Co ten biedny tirek taki przechylony?"
Taaaaa... tirek tirkem, a "trep"macedonski powiedzial nam, ze od niedawna Macedonia wprowadzila wizy dla Polaków, wiec skoro ich nie mamy musimy do Grecji jechac przez Bulgarie: poniewaz nie chcialo mu sie dawac nam wizy tranzytowej, na nic zdaly sie moje dyskusje. Tak szybko jak otrzymalismy pieczatke wyjazdowa z Serbii, otrzymalismy równiez pieczatke wjazdowa do Serbii hehe...
Po powrocie okazało się, że tę informację można było znaleźć w serwisie www.pascal.onet.pl, ale cóż czym byłyby wyjazdy bez przygód?
Cale szczescie, ze nie bylem sam bo mi by bylo glupio.
Podczas ulewy która zmiatala nasz samochód z drogi musielismy cofnac sie okolo 50 km. by w motelu niedaleko Hanu przenocowac. Dobrze, ze chociaz ceny byly przystepne: pokój 2 osobowy kosztowal 32 Euro, no ale za to na paliwo musielismy dac kolejne 26 Euro (167 000 Dinarów). Kurde kto te przeliczniki u nich robi????
Tak wiec jeden dzien mielismy "w plecy". Ale cóz poczac dwókrotnie dzwonilem do hotelu w Makrigalos, zeby powiadomic wlascicieli o dniu spóznienia. Ale telekomunikacja serbska równiez pozostawia wiele do zyczenia.
Fakt, motelik wygladał... jakby to określić... postkomunistycznie? Pożółkłe firanki, brudne wykładziny, a kiedy spadła na mnie rurka przytrzymująca zasłonkę pod prysznicem, byłam przgotowaną na resztę atrakcji - lamka przy łóżku bez żarówki, toaleta bez spłuczki itd
No cóz trzeba bylo sie z tym pogodzic. Nastepnego dnia wstalismy i zaraz po wyruszeniu w kierunku granicy bulgarskiej czekala nas mila niespodzianka. Na trasie spotkalismy wlasciciela motelu, który wskazal nam droge na granice. Jako ciekawostke powiem, ze po serbsku "na pravo" znaczy prosto, a nie w prawo ;-))))
Tak i to jest to co w Serbii najlepsze - ludzie! Facet moim zdaniem nadłożył sporo drogi, żeby nas poprowadzić w odpowiednim kierunku (ze 3-4 km jechaliśmy po prostu za nim!).
Od motelu, przez Surdulice mielismy okolo 200 km do granicy. Bogu dzieki nie jechalismy nia w nocy bo pewnie zabilibysmy sie. Trasa prowadzila przez góry w których rzadkoscia bylo spotkac jakiegos czlowieka. Ale widoki za to przepiekne.
Po okolo dwóch godzinach dotarlismy do przejscia granicznego w Ribarcy. Przejscia? A wlasciwie 4 przejsc na których placilo sie coraz wyzsze stawki. Najpierw przejechalismy przez jakies bajorko, ze niby to dezynfekcja za jedyne 2 Euro. Nastepnie podjechalismy do przejscia Serbskiego na którym urzednik niedbale otworzyl zeszyt w którym zapisywal wszystkich przekraczajacych granice. Bylismy chyba z dziesiaci. Wspomniany urzednik mial wyraz twarzy proszacy o podarowanie mu jakiegos komputera. No i juz po Serbii, teraz za jakies 100 metrów zobaczylismy posterunek bulgarski. Najpierw dostalismy pieczatki wjazdowe i podjechalismy do celników. Urzednicy zywcem przypominajacy abnegatów pozerajacych jakies ciasteczka z kapitalistycznego swiata. Nie bardzo wiedzac jak napisac w paszporcie nazwe matiza jeden z nich spytal nas "szto eto.." po czym wpisal krótko DEU. Jeszcze zdazyl dokladnie obejrzec nasze puszki z tunczykiem myslac, ze byc moze odstapimy mu jedna, ale w koncu zrezygnowany puscil nas. Ale to jeszcze nie koniec drogi czytelniku. Zaraz za przejsciem byl kolejny posterunek w którym gosc zbieral po 12 Euro oplaty drogowej, za nieistniejace drogi. No i wreszcie powitala nas sloneczna Bulgaria. Jeszcze tylko musielismy przedostac sie do drogi szybkiego ruchu z Sofji do Grecji i wio.... do celu naszej podrózy.
Urokliwe wioski bulgarskie w których kozy wchodzily do mieszkan i drogi budowane najprawdopodobniej w latach '60 - tych ukazaly nam piekno niedoszlej republiki radzieckiej.
Trasa zdecydowanie bardzo urokliwa... dzicz bez oznakowania! Z krowami, kozami, a nawet świniami snującymi się po drodze!
Teraz tylko pelnym gazem (czego nie polecam tym co maja zbyt malo w portfelach, na mandaty) do Kulaty (trasa E 79) i juz widzielismy powiewajaca flage Grecji. Nikt nie ma pojecia ile radosci po tych wszystkich przebojach sprawila nam mysl, ze juz jestesmy u celu.
![]() |
![]() |
| hymn | |
Jadac dalej trasa E 79 dotarlismy do autostrady zaczynajacej sie w Tesalonikach. Po przejechaniu calego miasta (caly czas prosto) wydostalismy sie na "Ring Road" czyli obwodnice i ruszylismy w kierunku Aten. Zaraz za Tesalonikami natrafilismy na pierwsza "bramke" na autostradzie, tylko, ze tutaj ceny byly juz normalne nie tak jak w Serbii - 1,4 Euro. Okolo 60 km za miastem zjechalismy z autostrady przy napisie "Methoni" i wjechalismy do miasteczka. Dalej az do samej promenady i w odleglosci okolo 100 od zatoki zobaczylismy nasz hotel.
Tia... powściagliwość Marka w tym opisie faktycznie godna łukaszowych opisów drogi pokonywanej przez św. Pawła. "Po przejechaniu miasta"... takie coś może napisać tylko pilot! Pierwszy kontakt z greckim miastem jest dość szokujący dla kiedowcy, zwłaszcza zmęczonego kierowcy! Jeżeli ulica ma trzy pasma w jednym kierunku, to trzeba się przygotować na to, że praktyczni Grecy zrobią z niej 5-ciopasmówkę. Poza tym szokuje nieustanne trąbienie. Ono tak naprawdę nie znaczy nic. Trąbi się kiedy ma się ochotę zakląć (także dlatego, że kanapka spadła na podłogę), trąbi się kiedy krawężnikiem idzie znajomy i chce się go pozdrowić, trąbi się bo ktoś za długo przechodzi przez ulicę... po jakimś czasie to przestaje przeszkadzać, ale początkowo człowiek rozgląda się czego od niego chcą i co zrobił źle. Ale po 2-3 dniach mnie jeździło się w Grecji świetnie, Marek narzekał, może dlatego, że jest bardziej praworządny jeśli idzie o przepisy ruchu drogowego. Mnie spodobało się to ich jeżdżenie pasem awaryjnym, aby inni mogli wyprzedzać i parkowanie gdzie popadanie. :)
![]() |
Hotel Dias - hotel marzenie, którego ceny sa znacznie tansze od cen hoteli w Polsce. W glównym sezonie nad sama woda placilismy od osoby 36 Euro. W cene bylo wliczone sniadanie, obiado - kolacja z deserem, alkohol powitalny. Obiekt godny polecenia zwlaszcza dla tych co lubia wypoczywac na plazy lub nurkowac.
Nie miałam ochoty się stamtąd ruszać. Cudowni właściciele, przemiła obsługa, wspaniały wystrój no i niezastępiona klimatyzacja! Co za ulga!
![]() |
W hotelu odbywaja sie równiez kursy dla nurków, jak i wspólne wyjazdy na tzw. "wieczory greckie" z winem.
Zainteresowanym podaje namiary: Anastasia u. Georgios Tachmatzidis, 60066 Makrigialos, tel. 0030 23530 41209.
A jesli ktos ma jeszcze jakies watpliwosci niech zajrzy na strone hotelu
![]() |
![]() |
Miejsce to ma niepowtarzalna atmosfere, zwlaszcza kiedy sie widzi przemila obsluge czlowiek czuje sie jakby w rodzinie. Tak wiec przywitala nas Grecja 42 stopnie ciepla na dworzu i 25 stopni w wodzie. Ania zalozyla juz sobie w Polsce, ze przy takim upale bedzie narzekac i skutecznie realizowala swoje postanowienie.
Wieczorem udalismy sie na plaze by nieco powspominac ostatnie 3 dni. Jakas dziwna maszyna zbierala przybrzezne glony by turysci przypadkiem nie zaplatali sie w nie.
Odpoczywajac zagrzebany w piasek, lub plywajac w slonej wodzie nurtowaly mnie dwa zagadnienia:
I tak minal wieczór i poranek dnia trzeciego (por. Rdz. 1, 13).
powrót |
||